czwartek, 8 sierpnia 2013

MIASTA MOJEJ GENEALOGII

KROTOSZYN

środa, 18 sierpnia 2010

FRANCISZEK PHILIPS

FRANCISZEK PHILIPS - ŻOŁNIERZ ARMII ANDERSA

Dziadek Franciszek Józef Philips urodził się 10 listopada 1909 roku w Stanisławowie, w ówczesnej Galicji, wchodzącej w skład Austro - Węgier. Stąd łatwo się domyślić, iż imiona Franciszek Józef nadano mu na cześć Jaśnie Panującego Cesarza Austrii – Franciszka Józefa I.
W 1927 poślubił Józefę Wandę Bartoszewską, z która mieszkał w Stanisławowie przy ul. Wyspiańskiego 17 (obecnie ul. Odeska w Iwano-Frankowsku, Ukraina).
Do wojska został zmobilizowany 27 sierpnia 1939 roku, jako żołnierz 48 Pułku Piechoty Strzelców Kresowych w Stanisławowie. Od 3 września 1939 do 16 września 1939 roku brał udział w walkach z agresorem niemieckim walcząc pod Bochnią, Zamościem, Janowcem, Tomaszowem Lubelskim, wchodząc w skład 16 Pułku Piechoty Ziemi Tarnowskiej. Po agresji wojsk sowieckich na wschodnią Polskę w dniu 17 września 1939r. dostał się do niewoli sowieckiej i został osadzony w łagrze, w którym przebywał do 1942 roku. 1 lutego 1942 wstąpił do tworzonej przez generała Władysława Andersa armii polskiej. Od tego czasu był żołnierzem I Pułku Ułanów Krechowieckich. W Stanisławowie pozostała żona oraz troje dzieci, z którymi już nigdy się nie zobaczył. W kwietniu 1942 roku znalazł się w Polskich Siłach Zbrojnych w Iranie. 25 marca 1942, w związku ze zmniejszeniem ilości porcji dla wojska, pułk w ramach pierwszej ewakuacji odpłynął z Krasnowodska (ZSRR) do Pahlevi (Iran). 13 maja 1943 roku F.Philips przybywa do Palestyny, a następnie zostaje skierowany w maju do brytyjskiej bazy szkoleniowej w miejscowości Abbassia (północne obrzeża Kairu), gdzie kończy kurs mechaników czołgowych i motorowych. 11 stycznia 1944r. zostaje mianowany kapralem. Od 8 kwietnia 1944r. do 8 maja 1945r. bierze udział w walkach na froncie we Włoszech, w tym pod Monte Cassino, będąc żołnierzem 2 Brygady Pancernej. Za udział w kampanii włoskiej zostaje nagrodzony Krzyżem Pamiątkowym Monte Cassino, Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami, Gwiazdą Afryki (The Africa Star), Brytyjską Gwiazda za Wojnę 1939-45 (The 1939-45 Star) oraz Brytyjską Gwiazdą Italii (The Italy Star) . Po wojnie wraz z innymi żołnierzami armii Andersa znalazł się w Wielkiej Brytanii. 10 lipca 1948r. został zwolniony z Polskich Sił Zbrojnych w Wielkiej Brytanii i udał się na emigrację do Argentyny, a następnie do Kanady.

Mapa pochodzi ze strony: http://commons.wikimedia.org; autor: Lonio17





>

sobota, 9 stycznia 2010

POLSKIE PRZESIEDLENIA - HISTORIA NIEZNANA

Zofia Lewartowska
POLSKIE PRZESIEDLENIA - HISTORIA NIEZNANA
Przedstawiamy tekst ciekawy, choć miejscami kontrowersyjny. Nie wiemy, kiedy został napisany - na pewno przed kilkudziesięciu laty - ani czy był gdzieś publikowany. Autorka nie żyje od wielu lat.

Wiadomości o konferencji jałtańskiej, która toczyła się w pierwszych dniach lutego 1945 r. dotarły bardzo szybko do Polaków, niezależnie od miejsca ich zamieszkania. Oczywiście bez szczegółów, jedynie w informacyjnym skrócie, głównie radiowym. Ogólny zarys reakcji był jednoznacznie optymistyczny. Nad wszystkim górowało potwierdzenie niezachwianej wiary, że sprawiedliwości dość szybko staje się zadość: zwycięska wojna kończy się, dobro wygrywa, złe przegrywa, hitlerowskie Niemcy zapłacą sowicie za swoje zbrodnie.
Na podstawie wspomnień z kontaktów między ludźmi i pamięci własnych odczuć, gotowa jestem przypuszczać, że na sporym obszarze przedwojennej Polski nikt nie kojarzył swych bliskich losów z dyskusjami przywódców mocarstw. Publikowane zdanie o zarysie powojennych granic kraju nie było traktowane zbyt serio. Polacy nie od dziś lubią wierzyć w to, co chcą, a już najmniej w rzeczy dla siebie nieprzyjemne. Obywatelowi X, Y, Z, z Wileńszczyzny, Polesia, Wołynia i Wschodniej Małopolski do głowy nie przychodziło, że tam już za niego zadecydowano gdzie spędzi resztę życia osiadłego, że na fakt skontrowania uprzejmej wobec sojusznika wątpliwości Churchilla, czy aby polska gęś nie udławi się nadmiarem terytoriów na zachodnich rubieżach, determinuje być może - jego zameldowanie się na bliższych Odrze obszarach, niż by to niektórzy chcieli.
W uczuciu spełnionych nadziei świętowano więc Dzień Zwycięstwa aż do chwili, gdy jałtańskie słowa zmieniły się w realia. Rozpoczynała się operacja przemieszczania bez precedensu w polskich dziejach, miejmy nadzieję jedyna: repatriacja zza Buga i Sanu, wyrywająca z korzeniami setki tysięcy ludzi. To już nie była wojna, nie towarzyszyli też ewakuacji korespondenci frontowi, a jednak była tej wojny epilogiem. Szła z marszu, w tempie nieprawdopodobnym, w czasie kilku miesięcy roku 1945 po 15 czerwca 1946.
Jej szczegóły, przebieg i problemy pozostają do dziś kartą mało znaną, zwłaszcza dla pokolenia powojennego. Czy temat był delikatny, czy autorów brakło, trudno przesądzić. W sumie strzępy tego exodusu pojawiły się w kilku w filmach, z których najpopularniejszy Sami swoi ujmował rzecz w konwencji komediowej. Dokumenty Polskiego Urzędu Repatriacyjnego czyli tzw. PUR-u były mało ciekawe dla dziennikarzy, a i tak - podobnie jak kroniki filmowe - dotyczyły jedynie „odbioru” repatriantów już w kraju. W literaturze może najbardziej Ptasi gościniec Auderskiej przekazuje coś z prawdy tamtych lat. To właściwie wszystko.
W sumie wygląda na to, że z aktywnych uczestników operacji nikt się do pisania nie kwapi. Jestem wię prawdopodobnie jedynym polskim dziennikarzem, który zna zagadnienie bliżej i szerzej z racji mej pracy w Pełnomocnictwie Rządu Tymczasowego RP d/s ewakuacji Polaków ze Lwowa i z tej perspektywy mogę spierać się o pewne rzeczy nawet z historykami współczesności.
A czas już chyba na przypomnienie pewnych prawd, gdyż teoretycy dochodzą już niekiedy do wniosków, które oby nie stały się źródłowymi. W naukowym piśmie natknęłam się na wywód, iż przyczyną fatalnego dla Krakowa złego wyniku referendum był fakt, że ludność miasta w 1/3 składała się z zakompleksionych politycznie lwowiaków. Nie składała się. Kardynalnym założeniem strony polskiej przy ewakuacji było kierowanie repatriantów wyłącznie na ziemie zachodnie, nie wydano ani jednej karty na centrum, pociągi szły tędy tylko tranzytem. Później w obrębie kraju nastąpiły oczywiście przemieszczenia, ale w całej masie osadnicy szli na zachód trzema liniami: z południa na Bytom, Opole, Wrocław, Kłodzko itp.; środkową, jak z łuku strzelił, na drugą stronę Polski; północną na Szczecin, Pomorze i Mazury.
Wracajmy jednak ab ovo.
TRZY STRONY MEDALU
Akurat tym razem było ich wyjątkowo trzy: państwowa - radziecka, państwowa - polska jako realizatorzy, oraz masa zainteresowanych obiektów biernych, poddawanych ewakuacji. Dążenia i motywy każdej były różne i dziwić się temu zbytnio nie należy.
Stronie radzieckiej zależało na maksymalnie szybkim zakończeniu sprawy przesądzonej - wiązały się z tym metody działania. Odbiegały one jednak od znanych z lat 1939-41 - sprawa dotyczyła teraz obcokrajowców. Pamiętajmy, że Polacy z tych ziem po wrześniu [1939 r.] otrzymali paszporty jako obywatele radzieccy, ze wszystkimi tego aktu konsekwencjami, włącznie do objęcia poborem do armii radzieckiej w obliczu starcia z Niemcami. Obywatelstwo polskie zostało nam zwrócone w czasie wojny, po rozmowach Sikorski-Stalin, co dopiero umożliwiło tworzenie armii. Cywile, którzy przeżyli na miejscu w dystrykcie Galizien , dopiero po wyzwoleniu otrzymując dokumenty z rąk radzieckich, dowiedzieli się o powrocie do swojego obywatelstwa. Sposób traktowania był również reperkusją tej zmiany: nikogo nie zatrzymywano, nacisku na wyjazd nie zastosowano, oddziaływanie miało raczej charakter psychologiczny: gdy ociąganie się zarejestrowanych z wyjazdem stało się ewidentne, zastosowano legitymowanie uliczne. Kto miał zaświadczenie o rejestracji na wyjazd, otrzymywał polecenie zgłoszenia się w komisji dla realizacji dalszego ciągu. Wystarczyło, odtąd ewakuacja nabrała tempa.
Stronie polskiej śpieszyło się z innego powodu. Chodziło o maksymalnie szybkie zasiedlenie opustoszałych, a zarazem nękanych przez szabrowników ziem odzyskanych . Stąd wytyczne głównego pełnomocnika zalecały pośpiech. Tylko pusty zachód dawał też szansę ekwiwalentu za mienie pozostawione, który wziął na siebie rząd polski. Wobec tych, którzy nie zdążyli, kołacze się ta sprawa do dziś, z coraz bardziej biurokratycznym skutkiem. [...]
Reakcja trzeciej strony, czyli ewakuowanych, zależał od etapu. Początkowo nikomu się nie śpieszyło - a nuż da się przeczekać? Nikt chętnie nie żegna się z domem rodzinnym, dorobkiem życia i bliskimi na cmentarzach. Później coraz częstsze stało się rejestrowanie w komisji na wszelki wypadek. W miarę, gdy dotarła jednak do świadomości nieuchronność decyzji i zaistniała obawa wyznaczenia terminów prekluzywnych, po których zamkną się granice - masy runęły na podwoje komisji ewakuacyjnych. Wtedy to wzdłuż całej ulicy przedzieraliśmy się rano do pracy, skacząc po wojskowych ciężarówkach [autorka pracowała w biurze repatriacyjnym we Lwowie], a w budynku nie ostały się ani drzwi, ani okna, a wejście za biurko oznaczało, że nie zdołamy się stąd ruszyć do wieczora.
Znajdująca się w oku cyklonu dwustronna komisja - czym była i jakie miała warunki?
Był to zaiste fenomen pod wieloma względami. Twór efemeryczny, o strukturze najprostszej, bez majątku trwałego, wydziałów, gabinetów, a nawet telefonu, czyli bez niczego. Siedziba była wypożyczona, skład personalny sformowany ad hoc, głównie z młodych, bez przeszkolenia. Przy tym wzór antybiurokratyzmu. Było nas w sumie - jeśli pamiętam - 12 po stronie polskiej i tyleż po radzieckiej, do wspólnego urzędowania, bok w bok, przy wspólnych biurkach. Na tę „imponującą” liczbę załogi składali się: pełnomocnik polski i jego zastępca (pp. Sławiński i Zaleski), radziecki (tt. Bułhakow, b. podobny do Chruszczowa, i człowiek bez uśmiechu, mjr Zapłatin). W hierarchii niższej szło po czterech polskich i radzieckich pracowników, odpowiadających za ewakuację z dzielnic miasta. Zadaniem ich było wypisanie kart na podstawie metryk (przy czym likwidowano Kennkarty), dokonanie opisów majątku pozostawianego, rotacyjne uczestnictwo na rampach przy odprawie transportów i dyżury nocne. Te miejsca pracy uchodziły za niezłe, na górze było cicho, można się było poruszać swobodnie, czasami wyjść w teren. Niskie piętra „Hadesu” reprezentował za to parter, zwłaszcza w czasie runu na komisję. Tu wydawano karty ewakuacyjne i wyznaczano warunki wyjazdu. Po czterech następnych referentów wystawianych było na najsilniejszą presję zdesperowanego tłumu, walczącego o wszystko: wybrany transport, więcej miejsca w wagonie, dogodną datę i punkt docelowy. W zasadzie pracownicy mieli się tu zmieniać co 2 tygodnie, bo nerwy odmawiały posłuszeństwa, ale to tylko teoria. Sama wysiedziałam w tym piekle parę miesięcy, gdyż mój radziecki odpowiednik dla czerwonoarmiejskiego rejonu, czyli Śródmieścia, był alergiczny na kolegów polskich, a mnie jakoś znosił. Działaliśmy odtąd razem aż do końca ewakuacji. Pozostałe 2x2 etaty to dział transportu. Też mieli co robić: całokształt pertraktacji z koleją, formowanie transportów i ich pilotaż, na zmianę co drugi dzień, do granicy w Medyce. Możliwości przebierania w taborze równały się zeru. Do wyczynów zaliczyć można wyszperanie gdzieś komuś tak zwanej szumnie „salonki”, czyli czegoś pamiętającego młodego Franz Josefa. Nią właśnie z transportem Kurii wyjechał arcybiskup Baziak. Towarzysze radzieccy przypatrywali się tym naszym zabiegom zwykle bez uwag, choć nie kryli lekkiego zdziwienia. Drugi transport miał dla nas wymiar historyczny: odprawialiśmy w drogę tym razem nie ludzi, a dzieło - panoramę racławicką. Starania przy zdobywaniu platform znalazły zrozumienie drugiej strony. O ile mi wiadomo - a w komisji słyszało się wiele - oporów w przekazaniu nie było. Krajowe długie ........... panoramy były już raczej tworem rodzimych gorliwców.
Tyle o ludziach komisji. Jeśli chodzi o oprzyrządowanie tej międzynarodowej instytucji, to składało się ono z biurek-gratów, leciwych kas pancernych na karty ewakuacyjne (będące drukami ścisłego zarachowania), kuchni, pod którą czasem udało się rozpalić, dziurawej siatki, na której „wypoczywaliśmy”, czuwając nocą nad nienaruszalnością tych dokumentów, za które odpowiadało się wolnością. Był też element nowoczesnej techniki: samochód-antyk z demobilu, do dyspozycji pełnomocników. Raz, gdy nie normowany i tak czas pracy przekroczył granice przyzwoitości, tj. godzinę duchów, rozwieźli nim „damy” po domach - piekielnie warczał. Z odpraw na rampach wracało się oczywiście per pedes, bo było wcześnie - ok. 22-giej czasu miejscowego.
[...] Niezwykły twór, jakim była komisja, załatwił w parę miesięcy i dowiózł do granicy sto kilkadziesiąt tysięcy petentów, napewno nie ku ich zadowoleniu, ale zawsze. Po wykonaniu gigantycznego zadania komisja rozpłynęła się bez śladu. Nie wybielam jej obrazu - nie składała się z aniołów. Przedstawiam tylko osobliwość tej drugiej strony medalu.
Na pewno najwięcej należałoby napisać o masach repatrianckich. Dla nich był to czas ciężkiej próby, który wrył się w pamięć milionów uciążliwością, prymitywem i ograniczeniami. Faktów nic nie zmieni. Wykonawców, z racji warunków, zasięgu i narzuconego tempa, sytuacja zmuszała do działań maksymalnie uproszczonych i zdecydowanych. Są chwile - jak na froncie - gdy muszą zamilknąć delikatności, a rodzi się nie zawiniona brutalność. Ostatnia polska część komisji była w sytuacji analogicznej: mieliśmy przekraczać granicę tylko w parę miesięcy później po zdaniu materiałów do centrali w Łucku.
CO KOMU WOLNO?
Jak wyglądała operacja ewakuacyjna od strony technicznej, jakie uprawnienia przysługiwały repatriantom, jak wyglądały dokumenty imienne?
W chwili rejestracji, po stwierdzeniu autentyczności obywatelstwa polskiego, delikwent otrzymywał zaświadczenie o złożeniu papierów. Sytuację miał nadal otwartą: istniała jeszcze możliwość zmiany decyzji i pozostania. Tracił ją po odbiorze karty ewakuacyjnej, opiewającej na to, co zabiera ze sobą. Był to arkusik formatu zeszytowego, dwujęzyczny, polsko-ukraiński, zawierający podstawowe wiadomości o właścicielu karty, członkach rodziny, których zabiera i co z sobą przewozi z przedmiotów użytku domowego. Przy okazji wyjaśniam, że to enigmatyczne sformułowanie nie obejmowało - chyba po udokumentowaniu - łóżka dla chorego, ale za specjalnym zezwoleniem pełnomocnika radzieckiego - choć nie wiadomo dlaczego - pianino lub fortepian.
Dokument drugi trafiający do rąk repatrianta był dłuższy i wymieniał to, co pozostawia i za co ma otrzymać ekwiwalent od władz polskich. Bardzo pracochłonny w terenie, w mieście nie nastręczał takich trudności. Wchodziły tu w grę małe, nie znacjonalizowane domy do wartości 25 tys. rubli, ogrody, sady, ew. skrawki ziemi, czy raczej parcele.
Pełnego tekstu dokumentu nie przytaczam in extenso, uwzględniając nudę wszelkich oficjalnych pism. Wynotowuję tylko niektóre dane, choćby dla ilustracji, jakim to sprzętem dysponowało rolnictwo w spadku po czasach, gdy eksportowaliśmy zboże.
Dokument dotyczył budynków, szop, komór, składów, z podaniem opisu, kubatury i materiału. Jako przedsiębiorstwa przemysłowe traktował młyny, olejarnie, łuszczarnie, cegielnie i kuźnie. Martwy inwentarz to: pługi żelazne jedno i dwulemieszowe, sochy, brony żelazne i drewniane z zębami żelaznymi i drewnianymi, siewniki, kosiarki, wiązarki snopów, młocarnir konne i ręczne, wialniki i sortowniki. Opis inwentarza żywego był b. dokładny, z podziałem na kategorie wieku: koni, krów, jałówek, cielic, byków, wołów, świń, prosiąt, owiec, a nawet kóz. W hektarach obliczano wykorzystaną w gospodarstwie rolę i zasiewy oziminy dla zbioru w 1945 r. z podziałem na pszenicę i żyto. Po podsumowaniu wartości ogólnej pozostawionego mienia, dokument zamykają podpisy pełnomocników i właścicieli majątku.
Z tą chwilą, czasem szybko, częściej z ociąganiem, nadchodził moment newralgiczny, już bez odwrotu: odbiór karty i opisu, wyznaczenie terminu i rodzaju transportu. Przy istniejącej normie 34 osób z rzeczami na wagon, perspektywy manewru były znikome, niemniej z determinacją walczono o każdy drobiazg. Głównym celem zabiegów było dołączenie się do tzw. transportów zorganizowanych, obejmujących duże instytucje, uczelnie, placówki kulturalne itp. Słowo „zorganizowany” pachniało ładem i dawało jakąś rękojmię zwartej wspólnoty. Ludzie bronili się przed tzw. transportami dzikimi, zestawianymi ad hoc w kolejności zgłoszeń. Trzeci rodzaj, którego bano się gorzej niż św. Michał diabła, to była „kolcówka” - otwarte lory pociągów wahadłowych, wiozących z Polski węgiel, a z powrotem ludzi. Mało kto wiedział o plusie takiej podróży: był to jedyny pociąg pośpieszny, którym podróż trwała do dwóch dni, w przeciwieństwie do poprzednich, wlokących się czasem tydzień. Wagony kryte też zresztą nie chroniły przed pyłem węglowym i związanym z nim gruntownym wysmarowaniem siebie i rzeczy w czasie drogi.
Tabor zdezelowany w czasie wojny był szczupły i w stanie opłakanym. Przy pewnym szczęściu, gdy lory samoczynnie zmył deszcz, a pogoda była ciepła i ładna, kolcówka nabierała walorów na miarę epoki. Na marginesie: znając tajniki tych wyjazdów Polaków - narodu zwycięskiego i najstraszliwiej zdziesiątkowanego przez okupanta - do dziś nie omija mnie szewska pasja na lamenty „pokrzywdzonych” przesiedleńców, spadkobierców III Rzeszy.
Ostatni kontakt jako pracownicy komisji mieliśmy z wyjeżdżającymi na rampach, kiedy upychali się ze swym niewielkim dobrem po wagonach. Dalej, do granicy konwojował ich tylko nasz jeden transportowiec, dla rozwiązania ew. spornych kwestii. Dalsze ich losy leżały już w kraju w gestii PUR-u.
Koszmarnie ciężkie, nerwowe miesiące dobiegały końca. 15 czerwca, w ostatnim dniu wydawania kart, tow. Bułhakow powiadomił nas o zakończeniu działań i urzędowania tak długo, póki pozostanie w gmachu choćby nawet jeden petent. W praktyce budynek opustoszał o 2.30 w nocy. Wstawaliśmy zza biurek półprzytomni ze zmęczenia i napięcia nerwowego: akurat na koniec zapodziała się nam jedna karta ewakuacyjna. Zapachniało kryminałem dla obojga - na szczęście bezcenny papierek zmięty i zabłocony znalazł się pod nogami tłumu: ktoś półleżąc na biurku ściągnął go przypadkowo. Ok. 3-ciej nad ranem już ubrani, opuszczaliśmy miejsce pracy, gdy w drzwiach zjawiła się wyfiokowana pańcia, żądająca załatwienia. Wtedy to - raz jeden - widziałam Gribanowa w stanie furii. Wiązanka, którą poczęstował delikwentkę, kłócącą się ząb za ząb, nie nadaje się do rekonstrukcji.
Od połowy czerwca 1946 po koniec listopada trwało zamykanie operacji. Spisy wyjeżdżających, pozostałe wolne karty, kolumny liczb układały się w ogólny obraz. Ciekawe: pamiętam do dziś, że we Lwowie pozostawało wówczas 12 tys. Polaków. Liczba ta straciła dawno znaczenie, ściągnęli tam później ludzie z okolic, pojawiali się przybysze z głębi Kraju Rad - dziś jest na pewno więcej [autorce chodzi zapewne o Polaków - przyp.red.]. Nie zatrzymała mi się natomiast w pamięci globalna liczba ewakuowanych z miasta, chyba najważniejsza. Próbuję do niej dojść w grubym przybliżeniu metodą dedukcji. Rocznik statystyczny z 1937 r. szacował liczbę mieszkańców miasta na 317 tys., a w innej tabeli dzielił tę ludność wg języka ojczystego. Posługujących się polskim [językiem] było 198 tys., żydowskim i hebrajskim 75 tys., ukraińskim i ruskim 25 tys. Ci drudzy zniknęli, ci trzeci pozostawali. Z poprawką na skutki wojny i rozproszenie sądzę, że ewakuacja lwowska objęła 130-140 tys. ludzi. To dużo.
Ostatnia prolongata mego zaświadczenia pracy przedłużanego co miesiąc, a później co 2 tygodnie, ustalała jego ważność do 30 listopada 1946. Zmieściliśmy się w tym terminie. 29-go ładowaliśmy na rampie swoje klamoty. Trwało mocowanie piecyków z rurą na dachu i formowanie legowisk na pakach. Przez cały dzień kotłowaliśmy się w błocie w warunkach militarnych, paki mieszały się z rozładowywanymi na sąsiednim torze skrzyniami z amunicją. Na drugi dzień, już jako uformowany transport minęliśmy dworzec główny, ruszając ku Medyce. Tu pod wieczór odstawiono wagony na bocznicę, obstawiono wartownikami i rozpoczęła się „prowierka”. Wieść niosła, Ze będzie ostra i z niespodziankami. Nie była, o ile nie liczyć stanu trzeźwości, wynikłego z poczęstunków pożegnalnych.
Ta noc przypominała mi scenerią noc Walpurgii: kompletne ciemności na wygaszonej stacji, zawodzące śpiewy, cienie z wielkimi pochodniami snujące się po peronach i zamknięte na głucho ciche wagony na bocznicy.
Przed świtem szczęk buforów zapowiedział wolny odjazd transportu. Następne miejsce postoju Żurawica, to już była Polska.

ZOFIA LEWARTOWSKA, ur. 1922 we Lwowie. Wojna przerwała jej naukę, pracowała fizycznie, potem jako sekretarka, od V.1945 do XII.1946 w Polskiej Komisji Ewakuacyjnej we Lwowie. Od 1947 w Krakowie, zdała maturę i ukończyła studia na Sekcji Dziennikarskiej UJ. Od 1949 pracowała jako dziennikarka w „Echu Krakowa” (z-ca red.nacz.) i „Gazecie Krakowskiej”, a od 1972 jako sekretarz redakcji „Zeszytów Prasoznawczych”; od 1956 w Ośrodku Badań Prasoznawczych. Od 1978 na emeryturze. Zmarła 1988 w Krakowie.
Zofia Lewartowska była wnuczką zecera Zygmunta Hałacińskiego (1859-1921, rodem z Krakowa), socjalisty, który wraz z Ludwikiem Waryńskim zasiadał na ławie oskarżonych w procesie „Wielkiego Proletariatu” w Krakowie w 1875 r. Później był wydawcą, założycielem kilku pism i gazet we Lwowie (w tym „Wieku Nowego”), wynalazcą i literatem. Jej ojciec, Henryk Lewartowski (1882-1942) był działaczem socjalistycznym w zaborze rosyjskim, uczestnikiem rewolucji 1905 r. Zesłany na Sybir, zbiegł i schronił się w Galicji. W czasie I wojny był kapitanem Legionów, szefem prasowym II Brygady. W latach międzywojennych we Lwowie współzarządzał wydawnictwem Z. Hałacińskiego (swego teścia) „Prasa Nowa”. Rozstrzelany przez Niemców w 1942 r.
Artykuł ze strony http://www.lwow.com.pl/cl1.html







środa, 2 grudnia 2009

Jan Frąckowiak Kawaler Virtuti Militari


Dnia 17.9.20r. podczas walki z Bolszewikami pod wioską Bereza zasługuje na szczególną odwagę plut. Frąckowiak Jan, który będąc z-cą plutonu, otrzymał rozkaz zaatakowania nieprzyjaciela w wyżej wymienionej wiosce Berezie i nie bacząc na silny i niebezpieczny ogień nieprzyjacielskiej idzie na czele swego plutonu, dając swym podwładnym przykład męstwa.
Następnie na czele swego plutonu, pierwszy wkracza do wioski Berezy, goni cofających się Bolszewików zdobywając 2 (dwa) kulm. nieprzyjacielskie, amunicje do tychże kulm i wiele jeńców.
Plutonowy Frąckowiak Jan jest dzielnym i mężnym żołnierzem i godnym jest noszenia orderu Virtuti Militari V Klasy.
Tomiak
por. i dow. komp.

Wyjaśnienie:
kulm. to skrót od słowa kulomiot, spolszczenia ros. kulomiot (karabin maszynowy).



Podpisali:
1. porucznik Stanisław Tomiak
2. porucznik K.Jurandowski
3. major Zygmunt Łęgowski
4. generał Daniel Konarzewski



Kulomiot Maksim

niedziela, 18 maja 2008

ŚWIATOWID

ŚWIATOWID



W sierpniu 1848 roku w Zbruczu (lewy dopływ Dniestru) znaleziono kamienny posąg. Kto go pierwszy znalazł, kto zarządził wydobycie i przechowanie? Na te pytania odpowiada szczegółowo doc. Gabriel Leńczyk w pracy pt. "Świtowid zbruczański".

Jan Krzeptowski, zarządca lasu w Horodnicy, przeprowadzając wywiad z miejscową ludnością, pisał m.in. w liście z 14 lutego 1902 roku: "Nasłuchałem się dość różnych wersji, jedna nieprawdopodobniejsza od drugiej. Pomiędzy innymi wyróżnia się tylko jedna, która zasługuje na wiarę. Olena Krzyształowicz, 99-letnia staruszka z Trybuchowiec całkiem przytomna na umyśle opowiadała, że gdy miała 33 lata i pasła nad Zbruczem bydło swego ojca, dwóch pastuchów: Marcin Bartoszewski i Iwan Chałaman opowiadali jej nieraz, że kąpiąc się w Zbruczu znaleźli kamiennego bożka, bliżej naszego brzegu..."
Horodnica - rzeka Zbrucz

Z kolei Kazimierz Bieńkowski opowiadał w 1873 roku Edwardowi Pawłowskiemu, konserwatorowi ze Lwowa, że to on właśnie jadąc konno brzegiem Zbrucza w 1848 roku dostrzegł bałwana wystającego ukośnie z wody; przy pomocy ekonoma Gawłowskiego wyciągnął kilku parami wołów posąg z rzeki i złożył go na dziedzińcu dworu w Liczkowcach, gdzie przeleżał kilka lat... Historia zanotowała jeszcze kilka innych relacji.

Gabriel Leńczyk, który wnikliwie przestudiował wszystkie zapisy, odtworzył przebieg wydobycia posągu z rzeki: A więc: chłopcy-pastuchy natknęli się na zalany wodą posąg, płaskorzeźb nie dostrzegli i potraktowali słup jako jeden z przybrzeżnych kamieni. Dopiero gdy Zbrucz wystąpił z brzegów i w postawę prawie prostopadłą podniósł z dna posąg kamienny, po opadnięciu wody w rzece wynurzyła się jego głowa "podskakując" na mknącej fali jak głowa topielca. Zjawisko to wywołało poruszenie wśród ludzi prostych, tak łatwo ulegających złudzeniom, a skłonnych zawsze do zabobonów i tworzenia naprędce legend. Tej psychozie o strachach pod Sokolicą ulegli również gajowi i nadgraniczni strażnicy. Gajowi zawiadomili leśniczego w Postołówce, strażnicy - mandatariusza w Liczkowcach.

Zbrucz - Kraków

Dalej akcja potoczyła się szybko. Po odbytej na miejscu naradzie leśniczego, rządcy i mandatariusza (jeden ze strażników skoczył nawet do wody, aby stwierdzić, że to słup - a nie topielec) postanowiono sprowadzić z dworu wóz z trzema parami wołów. Na wystającą z wody głowę zarzucono sznur i wołami słup wyciągnięto na brzeg. Potem załadowano go na wóz i przewieziono do mandatariusza w Liczkowcach. Tam też zrzucono posąg pod stodołą. W Zbruczu przestało straszyć.

Od mandatariusza odebrał go po 6 miesiącach Mieczysław Potocki, który zimą 1849 roku przewiózł posąg saniami do Kociubińczyk. Niedaleko znajdowała się mogiła. Na tym kopcu zamierzał Potocki ustawić posąg tak, by go wszyscy przejezdni mogli oglądać. Ale miejscowi chłopi zagrozili: "Jeśli postawi pan jakiegoś Turka, to my go w kawałki rozbijemy".

14 maja 1850 r. Towarzystwo Naukowe Krakowskie zwróciło się do wszystkich zacnych i oświeconych obywateli, aby przyczyniając się do rozjaśnienia przeszłości... wpływem swoim, radą, darami samych przedmiotów starożytności... przyłączyć się zechcieli do dzieła...

Apel ten dotarł także do Mieczysława Potockiego, który szybko, bo 15 listopada 1850 roku zawiadomił, że u niego znajduje się posąg kamienny wydobyty ze Zbrucza w czasie niskiego stanu wody. W liście tym po raz pierwszy użył określenia Światowid, które już na zawsze przylgnęło do kamiennego posągu. W 1851 r. Światowid furmanką odbywa podróż do odległego o 18 km Husiatyna, a stamtąd drogą kołową - do Krakowa. Kolei wtedy jeszcze tu nie było.

Dalsze jego losy były różne. Raz Światowid był na wozie, raz pod wozem. W Krakowie jechał drogą królewską. Przejechał ul. Grodzką, objechał Rynek, a potem św. Anny do Biblioteki Uniwersyteckiej, w której stał 8 lat. Prasa szeroko informowała, że przybywa posąg pogańskiego bożka. Bigotki uznały go za antychrysta godnego potępienia, zaś z faktu przybycia akurat w Wielkanoc liberałowie wyciągali wniosek, iż już wkrótce powstanie wolna Polska. W 1858 roku Światowid jest ozdobą wystawy archeologicznej i właściwie jednym z pierwszych eksponatów Muzeum Archeologicznego w Krakowie.



Okupację podczas ostatniej wojny przetrzymał w dziwny sposób: K. Novotny z Wiednia, zarządca hitlerowski, na karcie opisowej przedstawił Światowida jako posąg... Wikinga. Po wyzwoleniu wystawiany był w muzeum przy ul. św. Jana. Rzeźbiarz Stanisław Szukalski, znany z ekscentrycznych pomysłów, proponował, umieszczenie posągu ze Zbrucza w Smoczej Jamie pod Wawelem.

Ofensywa filologów

Prezes Akademii - prof. dr Kazimierz Nitsch wyrażał się z przekąsem o autentyczności posągu. Nagła śmierć doc. dr Tadeusza Reymana (dyrektora Muzeum do 1955 r.) nie pozwoliła na dokończenie pracy o Światowidzie. Kontynuacji tego dzieła podjął się Gabriel Leńczyk.

W XIX wieku życie archeologa nie było łatwe. Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego T. Momrusen określił archeologię jako niewinną zabawkę i wesołą rozrywkę wysłużonych lekarzy, obywateli ziemskich, emerytowanych oficerów, nauczycieli ludowych i wiejskiego duchowieństwa. Aleksander Brückner protestował: "więc filologia pod ławkę, a archeologia na kołek". A o posągu ze Zbrucza powiedział wprost: "Pseudoświatowid ze Zbrucza, nawet gdyby był najzupełniej autentyczny, tj. prastary, o czym jeszcze bardzo wątpię, słowiańskim być nie może w żaden sposób".

Profesor Tadeusz Sinko, posługując się metodami filologicznymi, podtrzymał wątpliwości A. Brücknera, a nawet zdecydował się na ostry atak. Także Paweł Jasienica w książce "Świt słowiańskiego jutra" poddał się opinii filologów i pisał: "istnieje bowiem podejrzenie, że bogobojni krakowianie dopuszczają się podwójnego bałwochwalstwa. Primo: składają przy zwiedzaniu zbiorów ofiary pogańskiemu bożkowi w postaci kwiatów, secundo: otaczają czcią falsyfikat".

Czterogłowy posąg z Arkony nosi miano Światowita, czterotwarzowy posąg ze Zbrucza nazywany Światowidem. Niby nazwy podobne, ale nie te same. Dlaczego? Mieczysław Potocki "chrzcząc" posąg przyjął możność pochodzenia nazwy Światowid (nie, jak chce XII-wieczny Helmot, od św. Wita), lecz od "świat" i "widzieć". Dlatego Światowid! Trudno orzec, co jest poprawniejsze: Światowit czy Światowid. Językoznawcy tego problemu jeszcze nie rozstrzygnęli.




Co archeolodzy mogli przeciwstawić zarzutom filologów? Wyniki badań laboratoryjnych, mikroskopowych, fizycznych, chemicznych! Badania technologiczne posągu przeprowadził prof. Rudolf Kozłowski, konserwator wawelski, autor odkrywczych teorii badawczych.

Cała powierzchnia kamienia została dokładnie przestudiowana. Uzupełniono to studiami mikroskopowymi. Skorzystano z pomocy uczonych ukraińskich przy opracowywaniu materiałów porównawczych pochodzących z mioceńskich formacji wapiennych z okolic Husiatyna. Wyniki badań mikroskopowych, makroskopowych, analiza kroplistych nacieków na powierzchni, warstwowych nacieków na tylnej stronie posągu, nacieków żelaza, resztek polichromii, mułów - pozwalają stwierdzić, że zabytek to najzupełniej autentyczny.

Kamienny posąg liczy 2,57 m wysokości. Ma kształt słupa czworościennego o przekroju niemal kwadratowym (29-32 cm). Każda ściana ozdobiona płaskorzeźbami. Nie opisuję szczegółowo, gdyż zbruczańskiego Światowida należy zobaczyć samemu. Eksponowano go niezwykle starannie i efektownie. Zresztą wart jest tego. Zdaniem specjalistów, pochodzi z okresu nie wcześniejszego jak IX wiek i jest niewątpliwie wyjątkowym, imponującym dziełem, jakie z tego okresu posiadamy. Zapraszamy do krakowskiego Muzeum Archeologicznego.

Gabriel Leńczyk "Światowid Zbruczański", Materiały archeologiczne

Światowid ze Zbrucza

Historia zabytku

„… góra Sokolichą zwana, której skalisty, brunatny, kręty występ prawie prostopadle do Zbrucza spada. U stóp tego występu, w dolinie zwanej Zbiegła, na pierwszym załomie Zbrucza ku południowi (o 300 metrów od byłej kasarni straży finansowej, dziś leśniczówki) … wydobyli w roku 1848 ze Zbrucza posąg Światowita”. Tak w r. 1883 Adam Kirkor opisał miejsce odkrycia kamiennego posągu. Trudno dociec, co spowodowało, iż nie dysponujemy danymi, które pozwoliłyby na szczegółowy opis miejsca i okoliczności znaleziska. Współczesne lub najbliższe czasowi odkrycia informacje mają bardziej charakter romantycznej legendy, niż relacji świadków.

W sierpniu 1848 r. w majątku Liczkowce koło Husiatyna na Podolu, którego właścicielem był Konstanty Zaborowski, doszło do odkrycia kamiennego posągu. Suche lato spowodowało znaczne obniżenie się poziomu wód rzeki Zbrucz (lewy dopływu Dniestru, u podnóża pasma górskiego Miodobory), wskutek czego w jednym z zakoli rzeki natrafiono na kamienną rzeźbę. Wkrótce po tym Zaborowski (lub jego zarządca Bieńkowski) ofiarował ją Mieczysławowi Potockiemu z pobliskich Kociubińczyk, ten zaś przesłał informację wraz z opisem znaleziska do Towarzystwa Naukowego Krakowskiego. List Potockiego, datowany na 15 listopada 1850 r., był odpowiedzią na odezwę 2 Towarzystwa wzywającą do ratowania starożytnych przedmiotów i przesyłaniu o nich informacji. Potocki, chcąc uchronić posąg od zniszczenia, zgodził się przekazać go do Krakowa. W celu przewiezienia zabytku Towarzystwo Naukowe Krakowskie wydelegowało na Podole Teofila Żebrawskiego, który posąg przygotował do transportu. Poza ogólnym planem i opisami legend nie sporządził on jednak opisów zawierających szczegóły umożliwiające dokładną lokalizację znaleziska. Dnia 12 maja 1851 r. posąg zbruczański dotarł do Krakowa. Został wystawiony w sali Biblioteki Jagiellońskiej przy ul. św. Anny 6. W pomieszczeniach Uniwersytetu Jagiellońskiego prezentowany był aż do czasu urządzenia w Krakowie Wystawy Starożytności Krajowych (15. VIII. 1858 – 1. II. 1859 r.), zorganizowanej przez Towarzystwo Naukowe Krakowskie w pałacu Lubomirskich przy ul. św. Jana 17, a po jej zamknięciu w kamienicy Pawła Popiela przy ul. św. Jana 20. Od roku 1860 był prezentowany na wystawie archeologicznej Towarzystwa Naukowego w jego nowej siedzibie przy ul. Sławkowskiej 17, choć ze względu na rozmiary ustawiono go poza samą ekspozycją, przy wejściu do gabinetów zarządu Towarzystwa (w roku 1872 przekształconego w Akademię Umiejętności). Po prawie 90 latach, dzięki przebudowie budynku Akademii i połączeniu z obiektem przy ul. św. Jana 22, posąg ustawiono w obrębie ekspozycji archeologicznej, w specjalnie zaaranżowanej rotundzie. Od roku 1968 statua eksponowana jest w wyodrębnionym pomieszczeniu (w roku 2004 zyskało ono nową oprawę) Muzeum Archeologicznego w Krakowie przy ul. Poselskiej 3.

Przez ponad 100 lat nie podejmowano prób wyjaśnienia kontekstu archeologicznego, z którego pochodził posąg zbruczański. W latach 1984-1989 prace terenowe nad Zbruczem, u podnóża pasma Miodobory, przeprowadzili archeolodzy z moskiewskiego Instytutu Archeologii Rosyjskiej Akademii Nauk – I. P. Rusanowa i B. A. Timoszczuk. Badania ich przyniosły odkrycie i częściowe rozpoznanie niektórych obiektów – datowanych na wczesne średniowiecze grodzisk i osad otwartych. Wyniki tych prac wnoszą wiele informacji na temat samego wczesnośredniowiecznego osadnictwa, nie dają jednak odpowiedzi na pytanie o pierwotną lokalizację posągu i okoliczności jego ukrycia przez swych wyznawców.

Pamiętać należy, że posąg znajdujący się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie nie jest jedyną znaną rzeźbą kamienną z dorzecza środkowego Dniestru. Już w XIX wieku znano ich z tamtych terenów kilkanaście, choć część z nich to jedynie amorficzne kamienne stele. Szczególne wśród nich miejsce zajmują, odkryte w trakcie badań wykopaliskowych(!), posągi z Iwankowców i Stawczan, z których przynajmniej dwa formą nawiązują do zabytku ze Zbrucza. Podkreślenia wymaga fakt, że część tych wyobrażeń jest wiązana nie z wczesnym średniowieczem, ale z funkcjonującą na tych terenach w okresie wpływów rzymskich kulturą czerniachowską (III-IV w.).
Opis zabytku

Rzeźba o wysokości 257 cm (pierwotnie zapewne wyższa – widoczne ślady odłamania na spodzie), wykonana została z dobrze poddającego się obróbce wapienia (lokalnie występujący w rejonie pasma Miodoborów). Słup ma kształt czworoboczny, za wyjątkiem zwieńczenia. Boki posągu stanowią podłoże do pasmowo wykonanych przedstawień figuralnych – pogłębione jest z reguły tło, natomiast same figury to reliefy płasko-wypukłe. Niektóre fragmenty dekoracji wykonane zostały jedynie płaskim rytem. Zwieńczenie posągu to plastycznie uformowane cztery połączone, pozbawione owłosienia, ludzkie głowy osadzone na krótkich szyjach. Nakrywa je wspólne nakrycie głowy – przypominające kapelusz. Poza podziałem kompozycji na boki słupa, wyraźnie wyodrębnione są na wszystkich ścianach różnej wysokości trzy pasma poziome oddzielone plastycznymi listwami.

Pasmo najwyższe, to cztery postacie ludzkie ubrane w proste długie szaty, na wszystkich ścianach przepasane pasem usytuowanym na tej samej wysokości. Wszystkie postacie mają podobnie ułożone ręce – ugięte w łokciach, prawa uniesiona ku górze, lewa skierowana na dół. Z jednym wyjątkiem stoją na cienkich, prostych nogach. Za postać frontalną powszechnie uznaje się tę, która posiada największą głowę, a w jej prawej ręce umieszczono, odwrócony otworem w prawo, róg. Postać tę uznaje się za kobiecą ze względu na wypukłość na wysokości piersi. Na prawo od niej wyrzeźbiono postać o mniejszej głowie i węższym korpusie (przesunięte do środka ściany ręce), co utrudnia określenie jej płci na podstawie drugorzędnych cech płciowych. Na wysokości piersi postać ta trzyma niewielką obręcz. Postać na lewej ścianie ma puste dłonie, natomiast poniżej jej pasa przedstawiono, zawieszoną na rzemieniach, szablę w pochwie; niżej wyrzeźbiono sylwetkę konia w ruchu. Postać na tej ścianie nie ma wyrzeźbionych nóg – przyjmuje się, że jest to wizerunek jeźdźca. Czwarta postać jest pozbawiona dodatkowych atrybutów.

Środkowy pas na wszystkich ścianach zajmują postacie o nieproporcjonalnie dużych głowach, odziane w luźne szaty. Postaci na dwóch ścianach, frontowej i prawej, mają zaznaczone drugorzędne żeńskie cechy płciowe. Ta na ścianie frontowej posiada także wyobrażenie bransolety na ręce (ręce wszystkich opuszczone są ku dołowi i odchylone na zewnątrz). Obok jej głowy wyrzeźbiono także miniaturową sylwetkę ludzką.

Najniższy pas na trzech ścianach zajmują klęczące postacie ludzkie – na frontowej en face, natomiast na bocznych z profilu (tak też zaprezentowane są kończyny). Na ich twarzach widoczne są wąsy (najczytelniejsze u postaci centralnej). Specjalistyczne analizy zabytku ujawniły na tylnej, zatartej, ścianie w pasie dolnym ślad koła ze szprychami.







Trójstrefowość przedstawienia może być odzwierciedleniem przekonań jego twórców o porządku otaczającego ich świata. Miejsce naczelne zajmuje w nim czterogłowe bóstwo zaopatrzone w różne symbole, z których najbardziej czytelne są wyobrażenia rogu, szabli i konia (takie boskie atrybuty, w postaci realnych przedmiotów i żywego konia, wzmiankowane są przy opisie Świętowita, czczonego w świątyni na Rugii). Interpretuje się je jako przedmioty związane z bogiem-wojownikiem, będącym jednocześnie gwarantem wszelkiej ziemskiej pomyślności i dostatku (róg), chroniącym przed złymi mocami (pierścień). Byłby to bóg uniwersalny, władający wszelkimi siłami natury i bytem ludzkim.

Świat ziemski to pas środkowy; sposób prezentacji postaci interpretuje się jako przedstawienie korowodu tanecznego. Unifikacja przedstawień i unosząca się ponad poziomem pozostałych figurka na jednym z boków, mogą sugerować, że są to wyobrażenia duchów przodków.

Całość podtrzymywana jest przez trzygłową postać interpretowaną jako władca państwa podziemnego. „Podtrzymywanie” to może mieć również wymiar dosłowny, gdyż bez niego niemożliwe byłoby zachowanie ładu w świecie.

Posąg zbruczański może stanowić materialny ślad idei słupa kosmicznego, który zapewniał lokalnej społeczności idealną komunikację wewnętrzną pomiędzy światem realnym i wierzeniami. Jest to element zdecydowanie wyróżniający posąg ze Zbrucza od innych posągów słowiańskich, które wyobrażały jedno tylko „piętro” kosmosu, a nie – jak w tym przypadku – cały wszechświat.

Posąg ze Zbrucza datowany bywa najczęściej na X lub przełom IX/X w.
Analizy specjalistyczne

W latach 1948-49 Rudolf Kozłowski przeprowadził badania makroskopowe i mikroskopowe posągu ze Zbrucza. Dostarczyły one istotnych informacji o samym zabytku. Posąg wykonano z mioceńskiego wapienia rafowego pochodzącego zapewne z mioceńskich pokładów wapiennych z okolic Husiatyna na Podolu. Pierwotnie pokryty był barwnikami, których ślady ocalały w zagłębieniach reliefu. Stan nacieków krystalicznych na powierzchni zabytku świadczy o tym, że pierwotnie posąg stał w miejscu ochraniającym go przed wpływem wody deszczowej (zadaszenie, grota, drzewo). Widoczne wygładzenia, powstałe pod wpływem wody płynącej (rzecznej) świadczą, iż w korycie rzeki zalegał ukośnie do jej nurtu, a ich kierunek, iż posąg został celowo ułożony (obalenie spowodowałoby rozbicie), a nie podmyty. Ciężka, dolna część posągu (z odłamaną podstawą) opadła głębiej i zamulenie ochroniło przed wytarciami dolną część słupa. Wiele jednak wskazuje na to, że działanie wody płynącej na powierzchnię zabytku było krótkotrwałe. Ślady na powierzchni dowodzą, że miejsce, w którym ukryto/zakopano posąg ośmiokrotnie podlegało transgresjom i regresjom Zbrucza. Osobną kategorią śladów są rysy powstałe zapewne w trakcie wyciągania zabytku z koryta rzeki.

Anna Tyniec-Kępińska

Podstawowa literatura

* Kozłowski R., Badania technologiczne posągu Światowida z Muzeum Archeologicznego w Krakowie, Materiały Archeologiczne, t. 5/1964, s. 61-68.
* Leńczyk G., Światowid zbruczański, Materiały Archeologiczne, t. 5/1964, s. 5-59.
* Szymański W., Posąg ze Zbrucza i jego otoczenie, Przegląd Archeologiczny, t. 44/1996, s. 75-116.
Światowid - kamienny posąg z IX wieku Marta Zaitz
Światowid - kamienny posąg z IX wieku, przedstawia słowiańskiego bożka. Od blisko 150 lat Jest symbolem najstarszego muzeum w Polsce - Muzeum Archeologicznego w Krakowie.
Odkryty został w sierpniu 1848 r., w pobliżu wsi Liczkowce koło Husiatynia na Podolu. Wydobyto go z rzeki Zbrucz (lewego dopływu Dniestru). Przypuszczalnie w czasie wyciągania z rzeki dolny koniec słupa został odłamany. Konstanty Zborowski, właściciel wsi Liczkowce, polecił złożyć posag w zabudowaniach swojego folwarku. W kilka miesięcy później ofiarował figurę znanemu miłośnikowi starożytności hr. Mieczysławowi Potockiemu. Posąg przewieziono do jego włości w Kociubińczykach. Jesienią roku 1850 hrabia Mieczysław Potocki, odpowiadając na apel Towarzystwa Naukowego Krakowskiego o ratowanie i opisywanie zabytków archeologicznych, przesłał do Krakowa wiadomość o posągu. Do listu dołączył opis i rysunek zabytku. Jednocześnie wyraził przypuszczenie, że posąg przedstawia słowiańskiego bożka Światowida, przyjmując możliwość nazwy od wyrażeń "świat" i "widzieć".
Towarzystwo Naukowe Krakowskie podjęto starania o pozyskanie zabytku do swoich zbiorów muzealnych. 12 maja 1851 r., po 5-cio tygodniowej podróży furmanką, posąg dotarł do Krakowa i został umieszczony w jednej z sal w gmachu Biblioteki Jagiellońskiej przy ul, św. Anny 8. Tam pozostał do sierpnia 1858 r., kiedy to przeniesiono go na wystawę starożytności krajowych, do pałacu Lubomirskich przy ul. św. Jana 17. W 1860 r. Światowida umieszczono w nowo wybudowanej siedzibie Towarzystwa Naukowego Krakowskiego przy ul. Sławkowskiej 17. Do 1950 r. posąg nie był eksponowany na stałej wystawie archeologicznej. Ustawiono go na l piętrze, w przedpokoju do biur Towarzystwa, "naprzeciw schodów wewnętrznych". Dopiero po 90 latach doczekał się korzystniejszej ekspozycji. Wówczas umieszczono posąg w specjalnie zbudowanej rotundzie, zamykającej ciąg stałej wystawy archeologicznej, usytuowanej w salach l piętra przy ul. św Jana 22. Od 1968 r. Światowida można oglądać w pomieszczeniach wystawowych Muzeum Archeologicznego, w zabytkowym gmachu św. Michała przy ul. Poselskiej 3. Dzięki osadzeniu na obrotowej podstawie posąg jest dostępny ze wszystkich stron.
Posąg Światowida jest słupem czworościennym, o przekroju niemal kwadratowym (29-30 cm), wysokim na 257 cm. Wykonany z kamienia wapiennego, waży ponad 500 kg. Słup dzieli się na trzy piętra, oddzielone od siebie płaskimi listwami. Wszystkie ściany posągu pokryte są płaskorzeźbami figuralnymi. Tworzą one trzy grupy postaci ludzkich. W dolnej części posągu (do wys. 60 cm) występują trzy postacie męskie klęczące z rękami podniesionymi ku górze, w geście podtrzymywania wyższych pięter. Układ nóg tych trzech figur sprawia wrażenie jak gdyby należały do jednej osoby. Na ścianie frontowej widzimy nogi z przodu, a na przyległych z profilu (ich kontynuację). Tylna ściana pozbawiona jest wyobrażeń ludzi. Znajdował się tu symbol słońca (małe kółko ze szprychami), obecnie nieczytelny. Pas środkowy (wys. 38 cm) tworzą cztery postacie - po jednej na każdej ścianie. wszystkie przedstawione są frontalnie. Układ rąk sprawia wrażenie korowodu tanecznego, w którym postacie trzymają się za ręce. Dwie figury mają zaznaczony biust, a więc niewątpliwie przedstawiają kobiety. W górnej części posągu znajdują się cztery postacie stanowiące dominujący element słupa. Odziane są w długą szatę, przepasaną jednym, okrężnym pasem. Układ rąk jest jednakowy - ramiona przylegają do tułowia, prawe przedramię, zgięte w łokciu, ukośnie wznosi się na piersi, lewe zaś, opuszczone ku dołowi, na brzuch. Trzy figury w górnym pasie zaopatrzone są w dodatkowe emblematy. Postać kobieca na ścianie frontowej w prawej dłoni trzyma róg skierowany ku górze. Druga postać kobieca na przyległej ścianie trzyma miseczkę ("wieniec" lub pierścień), natomiast trzecią figurę różni od pozostałych jej dolna część z przedstawieniem szabli i konika. Te męskie atrybuty pozwalają sądzić, że ukazano tutaj postać wojownika. Czwarta figura pozbawiona jest jakichkolwiek elementów wskazujących na jej płeć lub znaczenie społeczne. Wszystkie postacie łączy wspólna głowa zaopatrzona w cztery wyobrażenia prawie identycznych twarzy. Nakrywa ją stożkowata czapka z wydatnym otokiem u dołu.
Posąg ze Zbrucza uważany jest za wyobrażenie bóstwa związanego z kultem religijnym Słowian. Powszechnie sądzi się, że przedstawia on Światowida - boga słońca, ognia, wojny i urodzaju. Płaskorzeźby zdobiące ściany posągu tłumaczone są bardzo różnie. Postacie w dolnej części uważa się najczęściej za bóstwa podziemia. Postacie w pasie środkowym, złączone rękami, miałyby symbolizować ziemię lub ludzkość. Natomiast postacie w górnym pasie wyobrażają bóstwo niebios (uosobienie słońca i jego wpływu na nie), lub cztery strony świata, ewentualnie cztery pory roku. W tym ostatnim przypadku postać z rogiem (obfitości?) symbolizuje wiosnę, postać z miseczką ("wieńcem") - lato, postać z szablą i konikiem - jesień, a postać bez emblematu - zimę.
Dosyć często posagowi Światowida, obok funkcji religijnych, przypisuje się rolę symbolicznej wizji świata: trzy piętra postaci stanowią trzy strefy kosmiczne - księżyca, słońca i nieba; cztery postacie reprezentują cztery pory roku; cztery twarze symbolizują wszechświat.
Zdaniem niektórych badaczy Światowid to także model hierarchii społecznej, bo przedstawia tzw. "drabinę społeczną". Strefa górna posągu symbolizuje władzę, środek - "tańczący korowód" - warstwę transmitującą przekazy płynące z góry ku dołowi, a strefa dolna - "ludzi klęczących" - to dół społeczny utrzymujący dwie górne warstwy.
Posąg Światowida "zbruczańskiego" zawsze wzbudzał duże zainteresowanie nie tylko w środowisku naukowców. W przeszłości niejednokrotnie kwestionowano jego autentyczność. W 1962 r. przeprowadzone zostały szczegółowe badania specjalistyczne. Ekspertyza fizyczno-chemiczna wykazała, że zabytek jest autentyczny, a na jego powierzchni zachowały się ślady barwnej polichromii.
W oparciu o wspomniane ekspertyzy można przyjąć, że posąg został przed około 1000 lat zakopany w ziemi, przypuszczalnie w niedalekim sąsiedztwie rzeki Zbrucz. Późniejsze, wielokrotne zmiany jej koryta połączone z erozją brzegów spowodowały, że w XIX w. zabytek dostał się do jej nurtu. W 1848 r., w czasie wielkiej suszy i nienotowanemu na tym terenie obniżeniu lustra wody, Światowid został dostrzeżony przez dzieci pasące krowy nad rzeką i dzięki temu ponownie ujrzał światło dzienne.